1 zlot BAM 2010
(Męka 1-3.05.2010)
Po pięciu godzinach snu i ostrych baletach (czytaj: urodzinach siostrzenicy) wstaje z ciężką głową o 6.30 w niedziele rano 2 maja 2010 roku, przede mną jeden cel: ośrodek Męka pod Sieradzem a w nim zlot Banitów Azjatyckich Motocykli. Chcę poznać ludzi, z którymi od pół roku znam się tylko wirtualnie korespondując na forum BAM. Ludzi, o których już trochę wiem, wiem, że są zgraną paczką przyjaciół i to już nie pierwsze ich spotkanie, chociaż ten zlot jest pierwszym oficjalnym zlotem tego klubu. Chcę także obejrzeć ich motocykle, bo to jedyne sprzęty, które poza weteranami posiadają jeszcze duszę a nie tylko mnóstwo bezimiennego plastiku czy kilogramy chromu z Japonii.
Przede mną ok. 200 km,,pięknej’’ Polskiej drogi, przez wsie i miasteczka jeszcze śpiące w ten mokry niedzielny poranek.
Niestety ciągle pada deszcz, jestem jednak na to przygotowany i zakładam specjalny stroik zakupiony w markecie budowlanym właśnie na takie okazje, po przejechaniu ok. 150 km pogoda się poprawia i wyjeżdżając z Łodzi zaczyna robić się przyjemniej, jest cieplej i przestaje lać.
Na drogę zabrałem tylko mapę Europy, jej skala nie pozwalała jednak na pokazanie dokładnej trasy, ale po niewielkich błądzeniach w okolicy Sieradza, trafiam do ośrodka. Widzę baner zlotowy, wiec mogę odetchnąć uff!!! Jestem w śród swoich.
Na terenie zastaje ponad 20 motocykli i dwa razy tyle motonitów i ich ,,plecaczków’’ oraz sporą grupę dzieciaków, już wiem, że będzie dobrze.
Najgłośniej krzyczy jeden z nich,, Zdejmuj kask- ocenimy czy zostajesz” i co tu robić, zastanawiam się przez chwilę, czy przypadkiem w kasku nie wyglądam lepiej, no cóż ryzykuje…Krzykacz ( jak się później dowiedziałem nosi ksywkę ,,Bandziorek”) uznał, że jednak pasuje do towarzystwa i mogę zostać. Witam się z Cejotem który przydziela mi domek nr.9 a w nim mieszka już Krysz z córką Anią oraz Scoti, są jeszcze dwa wolne łóżka wiec mimo braku rezerwacji mam gdzie spać. Wieczorem ostatnie wolne łóżko zajmuje,,Sowa” i już mamy pełną obsadę.
O godzinie 12.00 kawalkada motocykli wraz z zabezpieczeniem technicznym w postaci samochodu Pszczółki rusza na podbój okolicy tak wiec trafiamy po kolei na: odcinek testowy autochtonów ścigających się na ¼ mili. Długa prosta aż prosi się o mocniejsze odkręcenie manetki nie chcę jednak nikogo zawstydzić i pozostawiam Rometa na parkingu. Dwa motocykle podejmują jednak walkę i sprawdzają swoje przyśpieszenie. Ruszamy dalej, by za chwile zatrzymać się na zaporze w Jeziorsku, podziwiamy widoki i znów siedzimy na naszych lśniących maszynach tym razem pędząc do Uniejowa gdzie część z nas korzysta z dobrodziejstw gorących źródeł. Zrobiliśmy tego dnia ponad 100 km, wzbudzając żywe zainteresowanie w każdej wiosce, którą odwiedziliśmy.
No i się zaczyna, czyli przyjacielskie rozmowy motonitów do rana, poznaję większość forumowiczów, zdecydowanie sprawę ułatwia wydrukowana na koszulkach ksywka każdego z uczestników, niestety nie z każdym udało mi się porozmawiać, ale to nic jeszcze na pewno będzie okazja.
Dojeżdża do nas jeszcze kolega Luka z żoną zwaną powszechnie BabaLuka. Luka poznałem rok wczesniej na 1 zlocie forum Rometa 125 w Zagórzu Śląskim.
Większość zawodów odbyła się dzień wcześniej, przez co niestety nie mogłem w nich uczestniczyć, pozostało jednak strzelectwo i o dziwo udało mi się wygrać zdobywając 34 z 40 możliwych punktów, myślenie o teściowej podczas oddawania strzałów przyniosło oczekiwany efekt i celność mi się poprawiła. Wynik został zauważony także przez organizatorów i dostałem pamiątkowy dyplom oraz ocieplacze na kolana. Wygrałem także w kategorii na najmniejszą pojemność silnika motocyklowego na zlocie. 125 ccm to może nie za wiele jak na sprzęt turystyczny ale daje sobie radę nawet w pagórkowatym terenie jadąc nawet z ,,plecaczkiem” który został mi przydzielony na paradzie. Jeździłem wspólnie z Barbarą mamą Elohima.
Po oficjalnym zakończeniu i rozdaniu nagród oraz dyplomów przystępujemy do konsumpcji Jasnego pełnego przegryzanego kiełbasa z ogniska a co bardziej wytrwali tańczyli na parkiecie w rytm przebojów puszczanych przez DJ luk@.
Wszystko, co dobre kończy się jednak szybciej niż byśmy chcieli i już prawie nad ranem idziemy spać.
Poranek to lekkie mrowienie w czaszce, ale po wciągnięciu zupki przygotowanej o ile dobrze się orientuje prze Leona i Ulę wszystkie bóle mijają i rozpoczynam pakowanie w drogę powrotną.
Mając wolny weekend nie mogłem wykorzystać go inaczej niż jeżdżąc na motocyklu, powrót do domu najkrótszą droga to nie dla mnie, postanowiłem wiec nadrabiając około 200 km odwiedzić Włocławek a głownie pospacerować po 40 letniej już tamie, o której ostatnio zrobiło się głośno gdyż istnieje spore ryzyko jej pęknięcia, zapora jest także związana z tragiczna śmiercią ks. Jerzego Popiełuszki to tutaj zostały wyłowione jego zwłoki, stoi tu także ołtarz polowy oraz krzyż upamiętniający tamto wydarzenie. Jadąc wzdłuż Wisły chcę dotrzeć do czekającej już z kwiatami i transparentem żony, oraz córki przyszłej motonitki.
Droga była niezła jechało się wiec znakomicie, a deszcz padał raczej przelotnie wiec specjalnie mi nie przeszkadzał. Momentami asfalt niemal wpada do szerokiej tutaj Wisły, jest tam wiele miejsc gdzie do linii brzegowej jest zaledwie kilka metrów. Wieczorem cały i szczęśliwy, z mnóstwem miłych wspomnień melduje się w domu jestem jednak zawiedziony, bo kwiatów i transparentów nie ma, ale za to dziewczyny chyba się cieszą wiec trochę naprawiają tym swój błąd.
Gorące podziękowania dla wszystkich, którzy przyczynili się do organizacji zlotu, oraz dla wszystkich przybyłych za klawa jak cholera zabawę.